Muzyka: Waiting - Green Day
Wczoraj wsiadłam na rower i pojechałam do miejskiej biblioteki. Przez drogę zastanawiałam się co wypożyczyć. A ostatnio znów lecą powtórki...Bonda, Jamesa Bonda. Więc weszłam grzecznie do biblioteki, na wyższe piętro i poprosiłam o książki Ian'a Fleminga. Pani bibliotekarka dziwnie się na mnie spojrzała, a ja zaraz, wiedząc, że nie rozumie (oczywiście), dodałam: No te... z Bondem. Przyniosła mi trzy książki: "Tylko dla twoich oczu", "Goldfinger" i "Diamenty są wieczne". Uwierzylibyście, gdybym Wam powiedziała, że akcja "Tylko dla twoich oczu" dzieję się zaledwie na trzydziestu dziewięciu stronach? A do tego Bond po godzinie znajomości całuję się z niejaką Judy...
Poza tym, pozostałe książki także są cienkie (po sto-sto pięćdziesiąt stron), a potem znów przejażdżka rowerem do biblioteki, ale tym razem strzelę coś na chybił trafił...
Muzyka: Jesus of Suburbia (czasami koncert z Tokyo, z płyty "Awesome As Fuck") - Green Day.
Ciągle mam wrażenie, że nie odrobiłam lekcji na następny dzień. A w poniedziałki była (jakie to piękne słowo, to "była") moja najukochańsza chemia. Dlaczego nie mogą jej usunąć z toku nauczania? Bardzo o to proszę. W ogóle czemu mam się uczyć 17 przedmiotów (o, tak! Siediemnastu). Czy na początku swojego życia w szkole nie mogę wybrać paru przedmiotów, a potem dobierać i odrzucać w miarę potrzeb, wieku i upodobań? Jasne, jasne, bo tak nie można, a te przepisy ustalali kiedyś ludzie, którzy sami nielubili szkoły. Taki mały paradoks na zakończenie dnia (lub początek następnego).
Siedzenia w domu dzień następny. Chyba zrobię okopy z poduszek i krzeseł, jak w dzieciństwie, i będę robić za "Ostatni legion" (nie wyjdzie mi z Aishwarya'ą Raj, ale cóż). Tymczasem, do zobaczenia/do napisania.
Ave!